Raciborzanie w drodze: autostopem po Europie #14

12

Już kilkanaście dni są w podróży. Dominik, Tomasz i Kacper ruszyli w przygodę życia – podróż autostopem po Europie. Relację i zdjęcia z ich wyprawy  tylko na portalu raciborz.com.pl. Gdzie są aktualnie?

Dominik Matysiak, Tomasz Wiśniewski i Kacper Madeja właśnie rozpoczęli swoją przygodę – podróż autostopem po Europie. Relację i zdjęcia z ich wyprawy będą na bieżąco publikowane na portalu raciborz.com.pl

- reklama -

Wyprawę wspiera portal raciborz.com.pl  

 

# Dzień 15

Po spotkaniu z policją i ekipą sprzątającą plażę jak zwykle to samo. Śniadanie, prysznic – bo działał na plaży i w trasę. Skoczyliśmy jeszcze do publicznej pralni. Tomasz ciągle mówił, że czuje się jak w starym amerykańskim filmie, gdzie bohaterowie spotykają się zawsze w pralni. Pociąg do Monako wiózł nas jakieś 40 minut. O ile dworce kolejowe we Francji były bardzo czyste, zadbane i ogólnie ładne to dworzec w Monako kompletnie nas zaskoczył. Mijając malutkie stacje francuskich wiosek wjeżdża się do ogromnego tunelu, wszystko jest w marmurze, ładnie przyozdobione światłem. Na prawdę, jak na dworzec kolejowy robi duże wrażenie. Nie chodzi o to, że jest duży – bo ma tylko 2 perony i z Paryskim nie może nawet konkurować… on jest po prostu przepełniony przepychem.

Nieszczęsne Monako… Już 5 minut po wyjściu z pociągu były straty. Właściwie to przy wychodzeniu z pociągu – bo w nim zostawiliśmy nasz namiot i zorientowaliśmy się dopiero 5 minut później. Oczywiście pociągu dawno nie było. Dobra, nie ważne… kij z namiotem, jakoś wytrzymamy. Będziemy spać na stacjach to nie będzie aż tak zimno, poradzimy sobie. Na wyjściu ze stacji Monako stoi fragment Muru Berlińskiego, tego nie wiedzieliśmy, miłe zaskoczenie, ale jakoś tak nie mieliśmy ochoty się przy nim zatrzymywać. Było okropnie gorąco, duży tłum a na dodatek na plecach mieliśmy 10 kg plecaki. Chcieliśmy tylko dotrzeć do Mc'Donaldsa żeby naładować kamerę, odpocząć i dopiero po południu zwiedzać. Stanęliśmy w mieście – można powiedzieć, że w centrum, bo tam prawie wszędzie jest centrum – i kompletnie nie wiedzeliśmy w którą stronę iść. Ja (Tomasz) znalazłem plan miasta na przystanku autobusowym. Podszedłem do niego, wokół było dużo ludzi. Spojrzałem na niego, dowiedziałem się co gdzie jest. Pomyślałem, że zawołam chłopaków i wspólnie obgadamy gdzie idziemy. Tutaj zaczyna się wielka niewiadoma. Coś mi świta, że odłożyłem swój plecak na murek przed mapą miasta, odwróciłem się i zacząłem wołać chłopaków. Pomyślałem, że razem się zastanowimy gdzie iść. Przyszedł tylko Madej, Matyś coś obczajał na mapie. Przypuszczam, że jak drugi raz patrzyłem na mapę, tym razem z Madejem obok, to plecaka już nie było. Nie wiem, na prawdę nie wiem czy staliśmy obok niego i byliśmy na tyle zmęczeni, że obaj go nie wzięliśmy czy po prostu już go nie było i po prostu zapomnieliśmy, że w ogóle coś trzymałem. W każdym razie o braku plecaka zorientowałem się dopiero w połowie drogi do kasyna. Po drodze raz się zatrzymywaliśmy, może to wtedy ktoś go zawinął. Ja nawet nie pamiętam czy go niosłem czy nie. Zaczęła się panika. Poleciałem go szukać, nigdzie go nie było. Biegiem na policję, do biura rzeczy znalezionych, na informację zablokować kartę kredytową.

Załatwiliśmy wszystko co było trzeba, plecaka dalej nie było. Zniknął portfel, wszystkie dokumenty, telefon, ładowarka do laptopa i co najważniejsze – kamera. Szczęście w nieszczęściu, że na bierząco zgrywaliśmy cały materiał na dysk i na karcie sd został tylko jednodniowy materiał z plaży… Na policji powiedziano nam, że mamy czekać do 17 w kraju, wtedy przyjeżdżają nowe rzeczy, może coś będzie, to dadzą znać. Jak powiedzieli tak zrobiliśmy. Ja i Madej siedzieliśmy na stacji kiedy Matyś poszedł zwiedzać Monako. I właśnie wtedy spotkała nas kolejna niespodzianka ! Coż za szczęście, zainteresowała się nami policja. Juz po tym jak do nas szli i jak na nas patrzyli dało się poznać, że nie chcą nam pomóc. Wręcz przeciwnie.

Policjantom nie dało się wytłumaczyć, że nie mogę im pokazać dowodu skoro ukradli mi go godzinę wcześniej w ich mieście. Oni nie przyjmowali tego do wiadomości, a nawet jeśli to chyba mieli to w nosie bo po prostu wyrzucili nas z kraju. Cały czas powtarzali "Not in Monaco, go to France". Byliśmy bezradni, można powiedzieć, że odprowadzili nas na pociąg. Nie mając wyboru udaliśmy się do Włoch, po części wkurzeni, że policja zachowała się tak chamsko a po części szczęśliwi, że wreszcie opuściliśmy ten kraj.

Włochy przywitały nas również niezbyt wesoło, pomimo tego, że nasze nastawienie było jak najbardziej optymistyczne. Jako, że nie miałem dokumentów chcieliśmy jak najszybciej wracać do Polski lecz Włosi skutecznie nam to utrudniali.
Staliśmy ponad 3 godziny i ani jeden kierowca się nie zatrzymał. Oni się nawet nie patrzyli ! Mieliśmy wrażenie, że panuje u nich taki kryzys, że boją się zatrzymać, bo myślą, że ich od razu okradniemy. Jeszcze bardziej zniechęceni i wkurzeni stwierdziliśmy, że mamy tego dość. Idziemy na pociąg i wyjeżdżamy aż za Milan. Po drodze jednak wróciła nadzieja, spotkaliśmy bowiem Mateusza – chłopaka z Rybnika mieszkającego od 7 lat w Ventimigli. Mateusz opowiedział nam to i owo i podrzucił przed wjazd na autostradę gdzie historia zatoczyła koło. Staliśmy z tabliczkami od 18 aż do 1 w nocy i tak samo jak wcześniej nikt się nie zatrzymał… nooo może prócz Policji, do nich to akurat mieliśmy szczęście. Chcieli ID, lecz chyba nie zrozumieli nic a nic Tomasza tłumaczącego im całe zajeście po angielsku bo po jego przemowie przemilczeli minutę, machnęli ręką i odjechali. Wkurzyliśmy się na Włochy, na Monaco i w ogóle na wszystko. Poszliśmy spać i zdecydowaliśmy, że jak nazajutrz do 11 nic nie złapiemi to już na pewno idziemy na pociąg!

 

 

 

 

# Dzień 14

W tym dniu dało się w pełni odczuć, że mamy wakacje. Prawie cały dzień spędziliśmy obijając się na plaży. Chyba z 5 godzin leżeliśmy plackiem, nikomu nie chciało się nawet ruszyć tyłka do sklepu po wodę. W skalnych zatoczkach przy zamku znaleźliśmy bardzo fajne miejsce do kręcenia podwodnych ujęć. Woda mega czysta ale za to bardzo słona, dużo rybek, fajne skały no ogólnie jak z filmu. Nakręciliśmy trochę i poszliśmy dalej nic nie robić. Niestety zdjęć z tego dnia nie będzie – straciliśmy kamerę kilka dni później (ale o tym później). Jakoś tak koło godziny 17 poszliśmy łapać stopa do Monaco. Przygarnął nas jakiś Austriak który podrzucił nas na stację benzynową na autostradzie. Cieszyliśmy się, że jeszcze dzisiaj będziemy w Monaco, że teraz to już pikuś złapać stopa skoro jesteśmy na stacji koło autostrady. Niestety kilka minut później zdaliśmy sobie sprawę, że przez tą stację nic nie jeździ… Byliśmy lekko w kropce. Ani dojść gdzieś na nogach, ani nikt nas zabrać nie chciał. Na szczęście oglądaliśmy na Discovery Szkołę Przetrwania, to nas uratowało. Kilka razy przeskoczyliśmy płot, pobłądziliśmy godzinę po jakichś rzadko uczęszczanych leśnych dróżkach i w końcu trafiliśmy na jakieś ogromne osiedle.

Szkoda tylko, że z tego osiedla dalej mieliśmy ponad 10 km do najbliższej stacji kolejowej a na dodatek nigdzie nie było znaków drogowych które by na nią prowadziły. Jakiś facet powiedział nam tylko, że musimy iść na dół – no to poszliśmy. Jakieś 30 minut schodzenia i stanęliśmy na drodze pod znakiem prowadzącym do wioski w której była stacja kolejowa. Tam podwiozła nas jakaś babka w sportowym bmw. Miała aspirację na kierowcę F1 – w zakręty wchodziła mając na liczniku z 80 km/h i prawie ocierała lusterkami o skały. Lekko w szkoku wysiedliśmy na stacji kolejowej. Chwilkę zastanawialiśmy się czy jechać dalej do Monako ale zmęczenie dało się we znaki. Poszliśmy szukać jakiegoś fajowego miejsca do spania na plaży. Jako, że nigdzie nie było miejsca na uboczu, takiego w którym nie rzucalibyśmy się w oczy to rozłożyliśmy się na samym środku. O 4 w nocy przywitała nas policja, przestraszyliśmy się, że będziemy musieli płacić jakiś mandat czy coś a oni tylko poprosili nas żebyśmy się przesunęli pod murek bo za godzinę będzie tędy przejeżdżać maszyna sprzątająca plażę. Przesunęliśmy i poszliśmy dalej spać.

 

 

 

 

# Dzień 13

Poranek na plaży w St. Tropez. Rutynowo śniadanko, poranna toaleta, nawet zamoczyliśmy się jeszcze w morzu. W około same drogie jachty, aż śmierdziało luksusem. Ktoś powiedział, że St. Tropez niby takie pełne bogaczy a nie widzieliśmy jeszcze żadnego fajnego auta. Nie długo musieliśmy czekać. Przy pierwszym wyjściu z plaży minęły nas 3 najnowsze ferrari, aston martin, maseratti i inne rzadko spotykane auta. Prawde powiedziawszy to w St. Tropez niema co oglądać. Na około pełno jachtów, bardzo drogich domów i aut ale to tyle z atrakcji nie licząc posterunku żandarmeri w którym kręcone były filmy z Louis de Funes. Stwierdziliśmy, że skoro niema co oglądać jak najszybciej jedziemy dalej. Wsiedliśmy w autobus… 40 km za 2 euro – byliśmy nieźle zdziwieni taką ceną.

Dojechaliśmy aż do St. Raphael gdzie mieliśmy wsiąść w pociąg do Cannes po drodze podziwiając piękne plaże wybrzeża Francuskiego. W St. Raphael popołudniowa przerwa na szamę, bagiety z szynką i czekoladę. Tak dawno nie jedliśmy mięsa, że obiad zniknął ekspresowo. Godzinę później byliśmy już w Cannes. Kolejne miasto wybrzeża Francuskiego gdzie pieniądze było widać na każdej uliczce i znów nie wiele do zwiedzania. Pełno luksusowych sklepów, aut i turystów. Właściwie to do zobaczenia jest tylko kino w którym rozdają Złote Palmy i odciski dłoni osób takich jak Sylvester Stalone. Tak poza tym to miasto jest po prostu ładne, nic więcej. Nie podobało nam się tam więc postanowiliśmy pojechać pociągiem do jakiegoś małego miasteczka pod Cannes i spać tam na plaży. To był dobry pomysł, trafiliśmy do miasteczka którego nazwy nie pamiętamy (po raz kolejny) ale trzeba nam to wybaczyć… te nazwy miast są takie długie i takie bez sensu, że aż szkoda gadać.

Plaża była bardzo przyjemna a co więcej znaleźliśmy idealne miejsce na spanie. Położylismy się przy skałach pod palmami, prawie nie było nas widać. Na plaży panowała niesamowita atmosfera. Pomimo dość późnej godziny pełno ludzi urządzało sobie piknik, dookoła latało mnóstwo dzieciaków i w ogóle było jakoś tak bezpiecznie. Usnęliśmy spokojnie.
 

 

# Dzień 12

Obudziliśmy się z rana na campingu i to co widzieliśmy dookoła nie wróżyło niczego dobrego. Same lasy, autostrada i bardzo mało ludzi zjeżdżających z niej na nasz camping. Najgorsze było to, że nawet jak ktoś zjechał to zamykał się w aucie od razu, kiedy do niego podchodziliśmy. Wiemy, że wyglądamy trochę groźnie ale bez przesady no : )

Na camping nikt nie zjeżdżał, chwilę staliśmy łapiąc stopa na autostradzie, ale szybko uciekliśmy przerażeni wizją 500 euro mandatu. Nie mieliśmy innego wyjścia jak iść przez las obok autostrady do następnego wyjazdu i zjazdu. Wydawało się blisko, jakiś kilometr, może 1,5km. Zajęło nam to dobre 40 minut. Nogi mamy pokaleczone przez jakieś dzikie rośliny, pełno tam było robali, ale jakoś daliśmy radę. Ucieszeni weszliśmy na autostradę, po pół godziny jakaś miła ale mało rozmowna pani podwiozła nas na dużą stację benzynową na autostradzie.

Pojawiła się nowa nadzieja. W drodze do Hiszpanii na takich stacjach bardzo szybko łapaliśmy okazję dlatego też tak się cieszyliśmy. Kupiliśmy wodę, bagietki, umyliśmy się i stanęliśmy z kartką na "Nimes" przy wyjeździe ze stacji. To było istne piekło – 35 stopni, do koła rozgżany asfalt, zero cienia i masa samochodów wyjeżdżających ze stacji nie zwracających na nas w ogole uwagi. Ci którzy się zainteresowali mieli pełne samochody, masa ludzi wracała z wakacji i masa ludzi na nie wyjeżdżała. Rzadko kto jechał sam. Stanie w tym upale strasznie nas zmęczyło, musieliśmy zrobić przerwę. To był pierwszy raz kiedy robiliśmy dłuższą przerwę w łapaniu stopa. Trochę nas to zdołowało. Po przerwie to samo… stacja była na tyle pełna, że trzeba było czekać z 10 minut w kolejce do ubikacji. Czekaliśmy kolejną godzinę na naszego zbawiciela 18-letni francuz zabrał nas do swojego peugeota. Jechaliśmy z nim chwilę przeświadczeni, że podwiezie nas do montpellier kiedy w rozmowie ni stąd ni z owoąd wyszło, że jedzie on na wakacje do St. Tropez i jeżeli chcemy to możemy jechać z nim. Po raz kolejny zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni.

Z chłopakiem przejechaliśmy trochę kilometrów, jakieś 400 w 7 godzin! Zgubił zjazd na St.Tropez a później co chwilę zmieniał plany. To jechał do miejscowości 30 minut od St.Tropez, to gdzie indziej. W końcu wyszło na to, że jedzie do Pomplonne ale przez St.Tropez przejechać musi więc nas podrzuci. Wreszcie dojechaliśmy. Mega zmęczeni udaliśmy się prosto na plażę, gdzie spotkaliśmy polki. Powiedziały nam, że spokojnie możemy tu nocować na plaży i wiele ludzi tak robi. Ucieszeni poszliśmy spać.

 

 

 

 

 

# Dzień 11

Wstaliśmy z samego rana na plaży. Jako, że we Francji i Hiszpani słońce wstaje nieco później to o 7 rano załapaliśmy się na wschód słońca. Szybkie śniadanko – chleb z szynką z polski ;D i ruszyliśmy do Carrefoura. Był jeszcze zamknięty, otwierali dopiero o 10 ale w okolicy był jakiś festyn i załapaliśmy się na mnóstwo darmowych bonusów. Udaliśmy się w to samo miejsce co dzień wcześniej, łapać stopa. Jak na ironię kiedy wczoraj czekaliśmy kilka godzin i nie wziął nas nikt, dziś nie czekaliśmy nawet pięciu minut. Zabrał nas Ukrainiec, z pochodzenia Rosjanin ale mieszkający w Hiszpani. Na dodatek mówił dobrze po angielsku, mówił, że nauczył się w dwa miesiące podczas pracy jako ochroniarz na dyskotece. Podwiózł nas na stację za Gironę.

Stamtąd zabrała nas para Hiszpanów, nic nie rozumieli po angielsku, tak jak i my po hiszpasku. Na nasze nieszczęście zatrzymali się gdzieś na jakimś tam zjeździe z autostrady nie mieliśmy innego wyboru, musieliśmy wysiąść. Tu zaczęły się schody. Na właściwą autostradę sobie doszliśmy, spoko to tylko kilka minut na nogach ale nie było tam żadnego zjazdu. Nie wiedzieliśmy co mamy robić. Przeszliśmy kilka km poboczem ale było niebezpiecznie i postanowiliśmy zejść na jakąś polną drogę. Szliśmy nią tak ponad pół godziny, nigdzie nie było widać nawet oznak cywilizacji a najgorsze było to, że stopniowo oddalaliśmy się od autostrady. Jakimś cudem ta polna droga weszła nagle do miasta i to pod sam wjazd na drogę szybkiego ruchu. Mamy szczęście!

Jakiś życzliwy francuz zabrał nas pod wyjazd na granicę Hiszpania – Francja a tam wsiedliśmy do auta dwóch francuzów – mongołów. Z nimi pomimo tego, że nie pokonaliśmy wielu km jechaliśmy chyba ze 3 godziny. Trafiliśmy na okropny korek przy granicy – strefa bezcłowa. Mongołowie zostawili nas w Perpigan – też gdzieś nie wiadomo gdzie i niewiadomo jak daleko od autostrady. Przeszliśmy kilka km kierując się znakami na autostradę A9 aż doszliśmy do parkingu.

Paradoks – jak w Hiszpanii nikt nie chciał nas zabrać tak we Francji trzy razy zatrzymali się Hiszpanie. Niestety wszyscy wracali do kraju. W końcu trafiliśmy na jakąś miłą dziewczynę, która podrzuciła nas na autostradę. Tam zgarnął nas jakiś wojskowy, przejechaliśmy się nową betą i zatrzymaliśmy na campingu na poboczu. Tam spaliśmy. Jutro ruszamy na Niceę! Niestety nie mamy zbyt wielu zdjęć – rozładowała nam się bateria.

# Dzień 9 i 10

Przez te dwa dni nie działo się nic szczególnego, więc opiszemy je razem. W dniu 9 kończyliśmy zwiedzanie Barcelony. Odwiedziliśmy zachodnią stronę miasta, w tym Camp Nou oraz wioskę Olimpijską. Bardzo duże wrażenie wywarło na nas Muzeum Sztuki Catalunya oraz widok z jego tarasu. Piękna panorama na część miasta. Później udaliśmy się już tylko na La Ramblę po soczek z Carrefoura, który sączyliśmy do 23:30 na placu Katalońskim. Wróciliśmy do El Massnou i poszliśmy spać.

Następnego dnia z rana zaczęliśmy pakować nasze rzeczy, do 12 musieliśmy opuścić Camping. Spakowaliśmy się, zjedliśmy i poszliśmy łapać stopa do Girony. Miejsce mieliśmy raczej fajne, przy głównej drodze, dużo aut, dobry zjazd do zatrzymania a pomimo tego przez 4 godziny nikt się nie zatrzymał. To zdarzyło się nam dopiero raz. Ludzie w Hiszpanii nie są zbyt fajni.

Postanowiliśmy pojechać pociągiem 50-60km dalej, do miasteczka w którym jest dobry dostęp na autostradę. Tam staliśmy chwilę i łapaliśmy stopa, kiedy zauważyliśmy polaka. Chcieliśmy się z nim zabrać gdzieś do Francji ale nie miał miejsca. Powiedział nam tylko, że w głębi miasteczka stoi autobus, który odjeżdża do polski i ma wolne przynajmniej dwa miejsca, powinien nas wziąć. Czym prędzej ruszyliśmy do miasteczka… jak się okazało polski autobus stał, ale wcale się do polski nie wybierał. Kierowca zrobił nas w balona. Robiło się ciemno więc postanowiliśmy, że zostajemy w miasteczku na noc. Siedzieliśmy na głównym deptaku, nudziło nam się więc rozłożyliśmy kartki ze szczerym napisem "No talents, just for a beer". Podziałało, uzbieraliśmy 25 euro w niecałe 2 godziny! O 23 poszliśmy spać na plaży. To tyle na teraz! Do usłyszenia.

 

 

 

 

# Dzień 8

Na campingu spało nam sie bardzo komfortowo. Chcieliśmy dostać sie jak najszybciej do Barcelony, żeby spędzić tam jak najwięcej czasu. Jednak nie chcieliśmy wydawać pieniędzy na pociągi wiec przy wjezdzie do campingu zaczęliśmy łapac stopa. Nie czekaliśmy nawet 10 min, gdy Podjechał facet 7 osobowym Chevroletem Grand Voyagerem. Widać było, że biedy to on nie klepie. Porozmawiał z nami chwile ,powiedził, że mieszka w Madrycie i, że aktualnie jest na wakacjach w Barcy. Zawiózł nas do samego centrum, po drodze mijając ulice, na której mieszkają bogaci ludzie może kiedyś.

Kiedy zaparkował na placu catalunia zaskoczył nas swoim gestem. Z portfela wyciągnął 10 euro i powiedział "for a beer". Oczywiście przyjeliśmy prezent i poszliśmy wypić jego zdrowie! W centrum dostaliśmy dość fajny przewodnik po Barcelonie i nasze zwiedzanie rozpoczeliśmy od Sagrada Familia. Droga była ciężka. upał, długa droga i stanie na światłach. W drodze wypiliśmy bardzo dużo wody i zjedliśmy czekolade w ramach obiadu. Po dotarciu dużo czasu zajęło nam siedzenie na ławce, pod tym ciekawym kościołem. Jednak trzeba dodać, że dźwigi i ciągła budowa, która trwa od 1882 troche psuje atmoswere tego mniejsca. Spacer skończyliśmy pod łukiem triumfalnym, do którego prowadzi szeroka aleja. Na około Palmy, egzotyczne drzewa i mnóstwo ludzi odpoczywających w cieniu, idzie się nią bardzo przyjemnie.

Zmęczeni jakoś dotarliśmy do plaży, na której spędziliśmy całe popołudnie, czekając na wieczór ponieważ chcieliśmy zobaczyć stolice katalonii nocą. Po drodze do domu odwiedziliśmy Barceloński targ, masa ludzi, ogromny wybór produktów. Dostępne były chyba wszystkie egzotyczne owoce o jakich można tylko pomyśleć. Kupiliśmy sobie mieszankę owoców i ze smakiem zjedliśmy, popijając sok truskawkowo pomarańczowy na La Rambli. Wieczorem udaliśmy się do Barcelońskiego klubu Razzmatazz. Szczęśliwie trafiliśmy na koncert Camo&Krooked w bardzo przystępnej cenie, aż szkoda było odmówić. była moc! Na camping wróciliśmy dopiero o 6 rano, mega zmęczeni położyliśmy się spać. Do następnego!

 

 

 

 

# Dzień 7

W Terasie obudziliśmy się o godzinie 6. Umyliśmy sie, zjedliśmy skromne śniadanie i poszliśmy na pociąg, który do Barcelony jechał 20 minut. Idąc miastem byliśmy wstrząśnięci tym, że około 7.00 godziny jeszcze nikogo nie było na ulicy. Naszym zdaniem ludzie w Hiszpanii są dość leniwi. Po krótkim błądzeniu po mieście znaleźliśmy stację i wyruszyliśmy. Naszą przygode zaczeliśmy na Placu Catalunia. Zjedliśmy tam drugie śniadanie i z ciężkimi plecakami udaliśmy się na ulicę La Ramba, a stamtąd na plaże. Szło nam się bardzo źle, ludzie dziwnie na nas patrzyli, ale poprawiło nam humor to, że w sklepach są dużo tańsze produkty niezbędne do życia.

W drodze na plaże byliśmy zachwyceni przestrzenią, jaka jest w stolicy Katalonii, a przez los Ramblas przewija sie niezliczona rzesza ludzi. Szliśmy w niesamowitym upale – 36 stopni, ale niestrudzenie dążyliśmy do tego żeby w końcu schłodzić się w morzu. W końcu dotarliśmy! plaża była piękna, masa kobiet toples, prężący sie przed nimi mężczyźni. Czym prędzej zrzuciliśmy z pleców nasze tymczasowe szafy i wskoczyliśmy do morza.

3 godziny na plaży upłynęły szybko i błogo. Chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z Barcelony na camping do El Masau, który sobie wcześniej znaleźliśmy. Metro w Hiszpanii jest tragiczne. Połączenia mają różne oznaczenia, kolejki mają różne wejścia – to naprawdę miesza w głowie i irytuje. Właściwą stacje znaleźliśmy dopiero po 15 minutach. Kolej była dość wygodna, a widoki za oknem dość biedne. Liczne getta, odrapane mury i zamknięte fabryki. A to wszystko rzut kamieniem od tak pięknego miasta. Camping okazał sie rajem. 10 euro dziennie za ochrone, prysznice, basen, i morze oddalone o 20 metrów. Madej nawet zastanawia się czy nie skorzystać z kursu aerobiku w basenie, który także jest w cenie. Bardzo szybko poszliśmy spać, żeby rano być wypoczętym i zwiedzać Barcelonę!

 

 

# Dzień szósty

Wczorajszy dzień minął nam tylko w aucie, przez jeden dzień przejechaliśmy ponad 700 km czterema stopami. Wstaliśmy już o 6 rano żeby jak najszybciej wyjechać w trasę, gotowi byliśmy jak zwykle po paru godzinach. Oczekiwanie na pierwszego stopa zajęło nam ponad godzinę, wziął nas jakiś finansista z francji, mówił, że bierze każdego autostopowicza bo prowadzi jakieś statystyki. Podrzucił nas do następnej stacji 150 km dalej. Tam nie było tak różowo czekaliśmy prawie 2 godziny a na dodatek słońce waliło nam ostro w twarze. Tracąc nadzieję schowaliśmy nasz znak "TOULUSE" i usiedliśmy zmarnowani. Właśnie wtedy podjechał nasz wybawca. Powiedział, że może nas podrzucić gdzie chcemy ale on jedzie do Tuluzy. Nie wierzyliśmy w to co słyszymy. Z francuzem w Renault pokonaliśmy ponad 300km, wysadził nas na stacji. Było okropnie gorąco.Zrobiliśmy szybkie zakupy i postanowiliśmy, że ruszamy w trasę póki jeszcze mamy siły. Nie musieliśmy czekać zbyt długo, 10 minut później jechaliśmy do Perpigan z młodą Francuzką. Prawie nie mówiła po Angielsku i ciężko było się dogadać ale okazała się bardzo miła, podrzuciła nas na stację 10 km dalej niż jechała.

Byliśmy 30 km od granicy Francja – Hiszpania, zmarnowani i bez chęci do życia. Zastanawialiśmy się powoli nad noclegiem gdzieś pod stacją, wtedy przyjechała starsza kobieta, która podwiozła nas pod samiutką Barcelonę. Terrassa 20 km od Barcelony. Tam spaliśmy, jutro wyruszamy do Barcelony pociągiem. Do zobaczenia!

 

 

# Dzień piąty

Dziś opuściliśmy Herblay a razem z nim naszego dobrego przyjaciela księdza Dariusza i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pociągiem dojechaliśmy do porte de Orleans – przedmieść Paryża i stamtąd pierwszym stopem wyjechaliśmy o 15 w stronę Orleans. Pierwszy stop z przesympatyczną Lucy która wywiozła nas z miasta, później jakiś Francuz podrzucił nas na drogę krajową. Następnie przejechaliśmy ponad 120 km z czarnoskórym mężczyzną, którego imię ciężko nam było wypowiedzieć a co dopiero zapamiętać. Jakiś biznesmen podwiózł nas swoim przepięknym Audi Quattro do autostrady a tam złapaliśmy konkretną podwózkę bo prawie 200 km z Francuzami wracającymi z pracy. Dzisiaj śpimy na stacji pod Chateroux, wyruszamy jutro z samego rana do Tuluzy. Do zobaczenia!

 

 

 

# Dzień trzeci i czwarty

Trzeci dzień zaczęliśmy od odwiedzenia grobu wielkiego, polskiego kompozytora – Fryderyka Chopina. Grób naprawdę wyróżnia się spośród innych leżących na wielkim cmentarzu. Zawsze jest czysty, leżą przy nim świeże kwiaty i odwiedza go mnóstwo turystów z wielu krajów. Później czekała nas bardzo długa przejażdżka metrem, właściwie kilkoma liniami aby dostać się na drugi koniec miasta, pod nowy łuk triumfalny. Łuk jest ogromny i robi piorunujące wrażenie. Oniemieliśmy kiedy dowiedzieliśmy się, że jest tak duży, że mieści pod sobą stary łuk. Wokół charakterystyczna dla Paryża przestrzeń tylko podkreśla jego monumentalność. Naprawdę warto odwiedzić.

Po odpoczyku pod łukiem udaliśmy się pod Kościół Najświętszego Serca z którego widać przepiękną panoramę Paryża. Mnóstwo turystów siedzących na schodach oraz miejscowych zabawiających ludzi dodaje uroku i sprawia, że chce się zostać dłużej. Z Sacre Caeur, już pod wieczór udaliśmy się na taras widokowy pod wieżę Eiffla, słyszeliśmy, że warto ją zobaczyć w nocy, kiedy świeci milionem światełek. Faktycznie było warto! Gorąco polecamy to każdemu odwiedzającemu Paryż. W ogóle Paryż nocą jest niesamowity i żałujemy, że doświadczyliśmy go tylko w małym stopniu, niestety nie było czasu i byliśmy też bardzo zmęczeni.

Dzień czwarty minął nam bardzo spokojnie. Spaliśmy długo zmęczeni po wczorajszym zwiedzaniu Paryża. O 10:30 poszliśmy na mszę którą odprawiał ksiądz Dariusz w dwunastowiecznym kościele. Spacer brzegiem Sekwany równie spokojnym tempem, później godzinka snu w lesie – tak spokojnie minął nam dzień. Odpoczywaliśmy po Paryżu i przygotowywaliśmy się do jutrzejszej podróży. Do usłyszenia, tym razem z trasy!

 

 

 

# Dzień drugi

 

Z samego rana, zaraz po zjedzeniu jeszcze ciepłych francuskich bagietek wyruszyliśmy pociągiem do Paryża. Pierwsza rzecz, która nas zachwyciła to wspaniała komunikacja miejska. Pociągi co 15 minut, kilka pięter podziemnych pociągów i metra… niesamowite i naprawdę dobrze pomyślane. Po wyjściu na powierzchnię uderzył nas ogrom miejsca, zabytków i całej reszty. Dopiero wtedy dotarło do nas jak pięknym miastem jest Paryż i, że już w nim jesteśmy. Zwiedziliśmy mnóstwo zabytków zaczynając od Placu Zgody, na którym paradoksalnie ścięto ponad 3000 osób podczas rewolucji. Później był Luwr, Nottre Damme, wieża Eiffela, Łuk Triumfalny, Crystal Palace, most Aleksandra i Pałac Inwalidów. Przechodząc przez piękne uliczki Paryża widzieliśmy jeszcze wiele innych zabytków o których nie mamy pojęcia. Jutro zwiedzamy dalej…

 

 

 

# Dzień pierwszy

Dziś kończymy pierwszy dzień naszego tripa. Z samego rana wyjechaliśmy na lotnisko, lekko zdenerwowani – nie byliśmy pewni czy przyjmą nasz bagaż. Już o 11 siedzieliśmy odprawieni i czekaliśmy na odlot, szczęśliwi, że wszystko idzie do przodu. Tuż po przylocie przepakowaliśmy torby i czym prędzej ruszyliśmy łapać swojego pierwszego stopa. Już po pierwszych 20 minutach we Francji spotkaliśmy pierwszych Polaków. Bardzo mili ludzie, wytłumaczyli nam to i owo, poszliśmy w trasę. Beauveais zwiedzaliśmy pieszo cały dzień. Odwiedziliśmy piękną katedrę Nottre Damme i podziwialiśmy wąskie i malownicze uliczki francuskiego miasta. Na koniec dnia zmęczeni zaczęliśmy szukać miejsca do rozłożenia namiotu. Nie widziąc innej możliwości trafiliśmy do małego kościoła. Zapytaliśmy księdza czy rozmawia po angielsku a ten, ku naszemu zdziwieniu odpowiedział, że…. tylko po francusku i polsku, ewentualnie łacina lub greka. Dziś nocujemy we francuskiej parafii w gościnie przemiłego bardzo uczynnego księdza. Niesamowite jak trafiliśmy!

 

 

/p/

 

————————————————————-


Polecamy również:

 

Trzecia runda Open Drift odbyła się w Wodzisławiu [WIDEO]

 

W Wodzisławiu Śląskim odbyła się trzecia runda tegorocznego Drift Open [WIDEO]. Na zawody zjechało ponad  70 zawodników z całej Polski. Najlepszy okazał się Grzegorz Hypki. Zobacz również zdjęcia z imprezy.

 

 

 

Rowerem: raciborzanie nad morzem #4

 

Dziś Władysławowo. Wreszcie Bałtyk, w którym mogliśmy się wykąpać. Portal raciborz.com.pl śledzi losy ekipy. Jak radzą sobie raciborzanie? Przeczytaj ich dziennik podróży.  AKTUALIZACJA

 

 

 

Uczestnicy rajdu do Raciborza wrócą 15 sierpnia

 

Jak co roku uczestnicy Raciborskiego Rajdu Rowerowego Środowisk Trzeźwościowych wyruszyli w długą trasę, by krzewić ideę zdrowego, trzeźwego stylu życia. Przejechali już setki kilometrów. Do Raciborza wrócą 15 sierpnia.

 

 

 

- reklama -

12 KOMENTARZE

  1. Ech, 20 lat temu sam tak podróżowałem… Inne czasy, wszędzie paszporty, co kraj to inne pieniądze… Teraz wystarczy wziąć portfel, zamówić noclegi, wsiąść w samochód i jechać. To już nie ten urok… Znowu być studentem i mieć 20 lat… Panowie, na przyszłe wakacje polecam trasę na Ukrainę (Krym), z powrotem przez Mołdowę, Rumunię. Kapitalne wspomnienia z tamych stron. Trochę więcej przygotowań, ale naprawdę warto! Pozdrawiam i życzę udanej wędrowki:)

  2. Gratulację chłopaki, widzę że świetnie się bawiliście!
    Może to nie jest zbyt dyskretne pytanie, ale czy można wiefddzieć ile kosztowała was ta wyprawa? Ile hajsu trzeba mieć, żeby myśleć o takiej podróży?
    Powodzenia w dalszych podbojach Europy i może nie tylko w przyszłe wakacje! 😉

  3. Przepraszam, że odpisujemy dopiero teraz. Nie zaglądaliśmy do komentarzy.
    Otóż cała wyprawa zorganizowana była tanim kosztem. Po podsumowaniu wydatków wyszło po 900 zł na głowę wliczając w to zakupiony sprzęt, jedzenie i przelot do Paryża. Jedyny dodatkowy koszt to kamera którą robiliśmy zdjęcia i film 🙂

KOMENTARZE

Please enter your comment!
zapoznałem się z regulaminem
Please enter your name here