Przeżyłem tragiczny wypadek – teraz nie mogę się poddać

2

10. sierpnia obchodzimy Dzień Przewodników i Ratowników Górskich. Z tej okazji przygotowaliśmy niezwykły reportaż o Sławomirze Praszeliku – mieszkańcu Raciborza, który uczył ludzi jak dbać o bezpieczeństwo w górach, a potem sam uległ wypadkowi.

- reklama -

Pięć sekund

 

Otworzyłem oczy i zorientowałem się, że leżę na plecach. Wokół było ciemno, a ja nie potrafiłem się ruszyć. Nie wiem co dokładnie się stało, ale te kilka sekund zmieniło wszystko. Życie moje, mojej rodziny… Nie da się tego zapomnieć, takie chwile zostają w pamięci na całe życie.

 

Typ sportowca

Od dzieciństwa uprawiałem sport. Zresztą cała nasza rodzina jest mocno sportowa. Pięć lat studiowałem na Wydziale Wychowania Fizycznego i Fizjoterapii na Politechnice Opolskiej, potem zrobiłem studia podyplomowe z odnowy biologicznej. Byłem instruktorem narciarstwa, trenerem II klasy piłki nożnej w Raciborzu, sam grałem LKS Ocicie w A-klasie, uczyłem w-f w Technikum Mechanicznym w Raciborzu, pracowałem też w naszej PWSZ. Trochę nurkowałem, jeździłem nawet do Egiptu, żeby tam popływać. I nagle to wszystko się skończyło.

 

 

wypadek, dzień przeowdników

 

 

 

Każdej godziny szkoda

Był 13 marca 2013 r., dzień wyboru papieża Franciszka. Wpadliśmy z kolegami na pomysł krótkiego wyjazdu do Sölden. Jako instruktorzy chcieliśmy spędzić 2,5 dnia na nartach, podszkolić się, przetestować nowy sprzęt. Do Austrii przyjechaliśmy późnym popołudniem. Tak naprawdę mieliśmy wystartować dopiero następnego dnia. Ale jakoś tak ciągnęło mnie w góry, więc postanowiliśmy wybrać się na dwie godziny na nocny stok, bo każdej godziny szkoda.
Kiedy dotarliśmy na stok, koledzy od razu zaczęli zjeżdżać. Ale ja, jako instruktor, nauczyciel, postanowiłem trzymać się reguł i najpierw się rozgrzać. Kiedy w końcu ruszyłem, to udało mi się przyjechać może ze sto metrów, kiedy snowboardzista na plecach wjechał mi pod narty. Miałem z 50 takich sytuacji w życiu, w końcu jeżdżę na nartach od ponad 30 lat, jestem instruktorem, więc wiedziałem jak się zachować. Chciałem odbić w prawo, żeby nie zrobić chłopakowi krzywdy, ale skręciłem trochę za mocno, podbiło mnie na muldzie i poleciałem w dół. Musiałem uderzyć głową w drzewo, bo już po powrocie do Polski oglądaliśmy kask i znaleźliśmy w nim trochę kory. Ale nic z tego nie pamiętam.

Telefon do domu

Najgorsze było to, że nie potrafiłem się ruszyć. Leżałem w przepaści, ten snowboardzista chyba się wystraszył, bo nie udzielił mi pomocy. Na szczęście równocześnie ze mną rozgrzewał się tam starszy pan, który wszystko widział. Podjechał do mnie i zawiadomił austriacki GOPR. Przyjechali bardzo szybko i przetransportowali  mnie do szpitala w Insbrucku. Czułem straszny ból, ale w karetce znów straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem, zapytano mnie czy chcę gdzieś zadzwonić. Więc zadzwoniłem do domu.

 

Wszystko będzie dobrze

Już wtedy bardzo ciężko mi się mówiło. Odebrał mój tata. Powiedziałem, że miałem wypadek, leżę w szpitalu w Insbrucku pod bardzo dobrą opieką. Dodałem: „Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze”. Ja już wiedziałem, że jest źle, ale nie chciałem ich martwić. W końcu telefon wzięła pani ambasadorka i nie owijała w bawełnę: „Pan Sławek ma uszkodzony kręgosłup, paraliż czterokończynowy, prawdopodobnie nie będzie ruszać nogami i rękami”. Rodzice przyjechali tutaj, zdążyli zobaczyć, jak wjeżdżam na salę operacyjną, ale byłem wtedy nieprzytomny. I wybudzono mnie dopiero po trzynastu dniach, już w Polsce, w Jastrzębiu.

 

 

Sławomir Praszelik

 

 

 

Została tylko głowa

Pierwsza rzecz, którą pamiętam to to, że byłem pod respiratorem, otumaniony środkami farmakologicznymi. Dopiero po dwóch dniach zaczęło do mnie docierać co się stało, co to wszystko oznacza. Podjęto próbę odłączenia mnie od respiratora i udało się – złapałem własny oddech. Teraz oddycham przeponowo, bo płuca też są trochę porażone. Potrafiłem tylko poruszać głowa na boki. Mogłem jedynie leżeć. Wyglądało to wszystko koszmarnie. Nawet lekarze uważali, że jeśli uda się mi usiąść na wózku to będzie cud.

Rurka, blacha, wózek

Teraz oddycham dzięki rurce tracheotomijnej. Podjęliśmy już jedną próbę jej wyciągnięcia, ale zaatakowała mnie jakaś bakteria i znów trafiłem do szpitala. Kolejne 13 dni spędziłem w śpiączce. Stan był bardzo ciężki, ale jeszcze raz udało mi się z tego wyjść. Następną próbę chcemy podjąć w październiku, tym razem w Krakowie.
Problemy z oddychaniem wynikają ze zmiażdżonych kręgów szyjnych C3, C4, C5. Krąg C4 miałem skruszony w całości – zrekonstruowano go dzięki wycinkowi kości z biodra, złączyli to wszystko blachą, śrubami i tak to już zostało na stałe.
No i wciąż ta myśl, żeby wstać z łóżka. Po intensywnej rehabilitacji udało mi się usiąść na wózku, najpierw na takim zabudowanym, podpierającym szyję. A teraz umiem już stabilnie siedzieć na wózku bez podparcia szyi. Swobodnie poruszam górną częścią ciała, nawet umiem trochę unieść rękę.

 

Rodzice, córeczka, lekarze i terapeuci

Bez wsparcia rodziny, mamy i taty, bez bardzo dobrych lekarzy i terapeutów, którzy do dzisiaj do mnie przychodzą nie byłoby tego sukcesu. Oczywiście na początku było totalne załamanie. Moja narzeczona nie wytrzymała takiego ciężaru, odeszła z naszą córeczką. Nie mam do niej o to pretensji, wiem, że dla dziecka tak jest lepiej. Ale mam z córką dobry kontakt, kilka razy w tygodniu rozmawiamy przez Skypa. Mam takie poczucie, że może przeżyłem ten wypadek, żeby jej coś przekazać. No i mam niesamowitą motywację – chcę jeszcze się z nią pobawić w ogrodzie, zabrać ją na wycieczkę. Więc codziennie się rehabilituję i staram się z nadzieją patrzeć w przyszłość.

 

Niepełnosprawni

 

 

 

Wolne w niedzielę

Codziennie przychodzi do mnie fizjoterapeuta, ćwiczę kilka godzin. Raz w miesiącu jeżdżę do ośrodka w Mysłowicach – tamtejsi specjaliści posadzili mnie na wózek. Początki były straszne, jeździłem tam na leżąco karetką, przenosili mnie na łóżko na prześcieradle i tam wykonywaliśmy pierwsze ćwiczenia. Poprawa jest więc ogromna.
Oprócz tego pracuję zdalnie, za pomocą komputera. Mam specjalny program to pisania za pomocą głowy. Obsługuję programy Word, Excel, odpisuję na maile. Wolne robię sobie tylko w soboty i niedziele, ale to też nie zawsze. I nie wyobrażam sobie jak ludzie w takiej sytuacji jak ja żyli bez komputerów i internetu. Dla mnie to jest prawdziwe okno na świat.

Nie mnie to dotyczy

Każdemu zdrowemu żal niepełnosprawnych, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, że wypadek może zdarzyć się także jemu. Gdzie tam ja? Zawsze taki silny fizycznie, wysportowany. Ja podołam wszystkiemu. Nawet po wypadku miałem takie myśli: jakoś to zrobimy, wyćwiczmy. Ale nie jest to wszystko takie proste. Dlatego też przestroga i prośba dla innych osób: pamiętajcie zawsze o jakimś dodatkowym ubezpieczeniu. Jeśli uprawiamy sport ekstremalny, obojętnie czy latem czy zimą, to nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Mój pobyt w szpitalu w Austrii kosztował 120 tys., a ja byłem ubezpieczony dodatkowo na 100 tysięcy i to mnie uratowało.

 

 

praca niepełnosprawni

 

 

Druga rodzina

Niepełnosprawni z ośrodka w Mysłowicach, „kulawi” jak się sami nazywamy, to moja druga rodzina. Wspieramy się wzajemnie, doradzamy sobie, motywujemy się, dzielimy wnioskami i doświadczeniami. Różni nas wiele – czas od wypadku, rodzaj uszkodzeń, wiek.. Ja jestem dopiero 3 lata i cztery, niektórzy mają już 10-cio, 20-sto letni „staż”, są osoby niepełnosprawne od pięciu lat, od dwóch. Koleżanka plewiła przed domem, kiedy spadła na nią brama i złamała jej kręgosłup, kolega zasłabł w pracy i uderzył głową o biurko – jest w podobnym stanie jak ja. Co nas łączy? To, że chociaż mieliśmy pecha, nie poddajemy się i walczymy. To wsparcie jest ważne szczególnie dla osób, które nie mają rodziny. Im jest naprawdę bardzo ciężko. Nie tylko ze strony psychicznej, ale też finansowej. Renta nie wystarcza na lekarstwa czy rehabilitację – to są niesamowite pieniądze. A nie wszyscy mogą pracować jak ja, bo nie wszyscy chcą zatrudnić niepełnosprawnych.
Niektórzy nawet się nas boją. A przecież my jesteśmy normalnymi ludźmi. Mamy niesprawne ręce i nogi, ale głowy mamy zdrowe. Jeśli ktoś się nas boi, albo jest mu przykro z naszego powodu, to zachęcam do rozmowy. Chętnie odpowiemy na wszystkie pytania, jesteśmy otwarci i można z nami porozmawiać naprawdę o wszystkim.

 

Mimo wszystko mam marzenia

 

 

To był po prostu pech. Ale widocznie mam jeszcze coś do zrobienia na tym świecie, jakąś misję. Chciałabym pomagać ludziom, tak jak pomagałem wcześniej. Jeśli Pan Bóg odda mi ręce to mógłbym usiąść na skibobie. Gdybym znowu miał ręce i nogi, to od razu poszedłbym na narty. Chciałbym też wrócić do nurkowania, bo to była moja druga pasja. Kiedy wyjmą mi tą rurkę tracheotomijną to chciałbym spróbować, wiem, że w Zabrzu jest grupa niepełnosprawnych nurków. Chciałbym w ten sposób udowodnić sobie i innym ludziom, że człowiek ma silną wolę i może sobie poradzić także jako niepełnosprawny.

/kc/

fot. Justyna Koniszewska

- reklama -

2 KOMENTARZE

KOMENTARZE

Please enter your comment!
zapoznałem się z regulaminem
Please enter your name here