Wigilia, a po wigilii flaszka na stół

0

Kilka refleksji na temat dzisiejszych świąt… Co – jeżeli – jest inaczej?
My i nasi bliscy
Święta, święta… Co w największym stopniu kojarzy się nam ze świętami? Choinka upstrzona kolorowymi światełkami, prezenty pod choinką, wigilijny stół aż ciężki od przygotowanych smakołyków, stereotypowy obraz świętego Mikołaja, a poza tym to mnóstwo wolnego czasu, który spędzamy w znacznym stopniu – jeżeli nie w kuchni, to przed telewizorem…

A poza tym? A poza tym… Rodzina, ma się rozumieć.

Święta – nie tylko Bożego Narodzenia, ale święta w ogóle, to zazwyczaj czas, kiedy nasza egzystencja przybiera charakter odmienny niż na co dzień. Zwalniamy tempo i wydłużony dzień daje możliwość przyjrzenia się przez szkło powiększające wszystkiemu, co nas otacza i co nas dotyczy. Rodzina więc – rodzina jako sfera społeczeństwa i świata obejmująca nas najściślej i najdogłębniej. Rodzina – część świata, z której wyrośliśmy i której zawdzięczamy w olbrzymim stopniu to, kim i jacy jesteśmy. Ktoś może powiedzieć: „Ach, ta brudna deterministyczna filozofia!”, ale będzie to świadczyło jedynie o jego impertynencji. Naszą jaźń kształtuje otoczenie w stopniu równie wielkim, jak genetyczne predyspozycje lub konkretne doświadczenia, a rodzina jest pierwszym i naczelnym determinantem.

- reklama -

Dlatego jest tak ważna.

Dlatego nie zapominamy o rodzicach czy rodzeństwie. Dlatego są nam tak bliscy. Są przecież cząstką tego, kim jesteśmy. Gdyby posłużyć się pojęciem wielkiego niemieckiego filozofa – Martina Heideggera, są poważnym fragmentem naszego „Dasein” (czyli Być-Tu-Oto-Teraz), naszego „bycia” i „sposobu bycia” w świecie. Abstrahując już od wywodów tego myśliciela, nie da się ukryć, jak wielkie znaczenie posiada rodzina w naszym życiu. Pozwólmy sobie pokusić się na stwierdzenie, że tylko w skrajnych, dewiacyjnych przypadkach jest inaczej.

Dlatego święta są hołdem składanym właśnie naszym bliskim. Ortodoksyjny katolik się oburzy… Przypomnijmy więc o istnieniu drugiego przykazania miłości…

Święta się zbliżają

Boże Narodzenie – poza wymiarem religijnym, który w tym momencie jest mniej istotny, posiada również wymiar socjologiczny. Przez kilka wyjątkowych dni (w tym miejscu nasuwa się wręcz automatycznie konotacja piosenki Czerwonych Gitar…) odrzucamy pracę, obowiązki, zmartwienia – lub chociaż się staramy. Poświęcamy się natomiast swym bliskim.

Pierwszym etapem – od zawsze są odpowiednie przygotowania. Generalne sprzątanie. Matka i córki walczące zapamiętale z odkurzaczem, ściereczką, pralką. Bo wszystko musi być czyściutkie, pachnące, odświętne… Połóżmy akcent na ostatni przymiotnik. Choinka, dekoracje domu, światła – to kolejne elementy wizualnej „odświętności”. Przecież święta to niezwykły okres w roku! Jak można nie zagwarantować mu odpowiedniej oprawy?

Przygotowujemy się przez długi, długi czas… Świąteczny nastrój dzięki sprawnym działaniom speców od reklamy i marketingu panuje już na długo przed Wigilią. I podoba się nam to. Bo dlaczego by nie? Napięcie przedświąteczne rośnie. Systematycznie i sukcesywnie. Ostatnie dni to już gorączkowe przygotowania. Na ostatni guzik zapinamy i tak wszystko w samą Wigilię.

Ojciec – ogolony, pachnący, dziś ponad miarę majestatyczny, zakłada odświętny garnitur. Matka również ubrana znacznie lepiej niż na co dzień ma jakby lepszy nastrój niż zazwyczaj i jakoś nie czuje żadnego zmęczenia, mimo iż dopiero przy wigilijnym stole ma chwilę na złapanie oddechu. Dzieci także są dziś jakby grzeczniejsze, a na pewno już spokojniejsze.

Po prostu czuć w powietrzu „świętość” chwili. Nie można kalać tego wieczoru czymś niepoprawnym – w końcu jest to święto upamiętniające największy dar, jaki Bóg złożył ludzkości…

Wspólna modlitwa, opłatek, życzenia… Radość, szczerość, życzliwość… Oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę, kolędy i wprost niewypowiedziana magia, ezoteryka tej chwili…

Tradycyjnie polskie święta… Ciężko je nazywać definicjami słów. Każdy (miejmy nadzieję) jednak przeżył to i pamięta…

AD 2005

Czy zastosowanie formy czasu przeszłego w zdaniu powyżej posiada jakieś usprawiedliwienie?

Jak wyglądają święta przeciętnej polskiej rodziny w roku 2005, po wyborach wygranych przez PiS i Lecha Kaczyńskiego, w kraju o ponad 17% bezrobocia i jednocyfrowym wzroście PKB?

Z pewnością wiele rzeczy się nie zmieniło – szczególnie te z zewnątrz. Domy nadal iskrzą się barwnymi światełkami. Choinki nadal stoją piękne i masywne od ozdób. Pod choinką nadal czekają prezenty. Małe dzieci nadal wierzą, że owe prezenty przynosi św. Mikołaj, „gwiazdka” lub „dzieciątko”. Rodzina nadal ubiera się „odświętnie”. Wigilijny stół nadal ugina się od jedzenia. Czasem nawet nie zapominamy też o dodatkowym nakryciu…

A jednak wydaje się, że coś jest inaczej… Co?

W wielu rodzinach święta Bożego Narodzenia to nadal niepowtarzalne misterium, w którym sfera religii przeplata się dość płynnie ze sferą rodzinną. W wielu domach sama wigilia to w dalszym ciągu wieczór „jedyny w swym rodzaju”, pełny magii, ciepła, otuchy, wiary i radości.

Coraz szybsze tempo życia i przekształcenia w charakterze naszego społeczeństwa doprowadziły jednak do pewnych zmian. Nie dla każdego – dzisiaj – święta są tym, czym były jeszcze chociażby 10 lat temu. Coraz częściej święta są po prostu czasem błogiego nieróbstwa. Coraz częściej rzeczy zupenie poboczne stają się czymś dystynktywnym dla kompleksowego obrazu. Coraz częściej myśląc o świętach, myślimy przede wszystkim o prezentach, jakie trzeba zakupić, albo też o „wyżerce” jaka czeka nas podczas wigilijnej wieczerzy.

Misterium zatraca swój pierwotny charakter i tym samym traci na swej wartości.

Flaszka na stół

Teoretycznie wszystko pozostało po staremu. Teoretycznie. Odczuwamy w dalszym ciągu niezwykłe i stanowczo pozytywne napięcie przedświąteczne, które finalizuje się przy wigilijnym stole. Ten jednak nie jest już ten sam. Nie każdy już pamięta o dodatkowym nakryciu dla ewentualnej zbłąkanej owieczki. Pod obrusem prawie nikt już nie ma słomy. Na samym stole mało kto dziś już posiada przygotowanych 12 potraw. Miejsce tradycyjnego karpia, barszczu lub grochu z kapustą zajmują coraz to wykwintniejsze specjały. Same kulinaria to jednak tylko wierzchołek góry lodowej.

Rodzinny wymiar świąt zostaje powoli, acz skutecznie wypierany przez konsumpcję – szeroko pojętą konsumpcję. Kupowanie prezentów staje się dziś największym, najbardziej absorbującym problem – czymś najsilniej charakteryzującym święta. Po prezentach przychodzi czas nie na cieszenie się wzajemnym towarzystwem, lecz na zgoła inne atrakcje.

W wielu domach tuż po zakończonej kolacji na stole pojawia się nie tylko kawa i ciastka, ale również „flaszka”. W najgorszym wypadku rodzina zasiada przed centrum swej egzystencji – to znaczy telewizorem, ale nieraz sąsiad wpadnie albo też dalsza rodzinka… To, co też będziemy robić? Ano napijemy się; w końcu święta są!

Ludzie samotni czy alkoholicy sięgają po alkohol bardzo często w tym okresie. Pojawia się on jednak już i w normalnych domostwach. Co tam jednak flaszeczka? Zdzichu przyszedł, to sobie możemy golnąć. W końcu… święta są!

W ten sposób majestat tych dni znacznie podupada. Szczególnie na wsi powigilijne picie jest zjawiskiem częstym – niezależnie od wieku. Nikt oczywiście nie będzie chciał się przyznać, lecz wystarczy podczas pasterki stanąć w tylnej części kościoła, aby poczuć snującą się wyraźnie woń wódeczki. A, tam… Niby nic?

Coraz częściej też, sam wigilijny wieczór, który powinien być poświęcony w całości rodzinie – jeżeli nie tylko upamiętnieniu przyjścia na świat Mesjasza, poświęcamy na rozrywkę o zupełnie innym podłożu. Starsi balangują z sąsiadmi, młodsi pędzą do knajpy na piwko ze znajomymi. A przecież i jedno, i drugie można robić przez cały rok i stosowanie jakiegokolwiek pretekstu związanego ze świętami jest zupełnie nie na miejscu. Wigilia, pierwszy dzień świąt, drugi dzień świąt – czas, jaki powinniśmy poświęcić swym bliskim, poświęcamy na imprezy, kluby, dyskoteki…

Amerykański Santa Claus

Symbolem zjawiska może być nota bene obecnie ogólnoświatowy symbol świąt – Santa Clauss. Nie „gwiazdka”, nie Dziadek Mróz, nie „Dzieciątko”, nie nawet jakieś rdzennie polskie wyobrażenie św. Mikołaja, lecz właśnie amerykański, rozpowszechniony przez koncern Coca-coli stereotypowy Santa Claus jest dziś powszechnym symoblem świąt Bożego Narodzenia. Trochę to smutne… Tak bezmyślnie małpować amerykańską kulturę.

Proces globalizacji niestety powiązany jest z procesem amerykanizacji. Socjologowie ukuli torchę lepiej brzmiące i znacznie bardziej neutralne pojęcie standaryzacji. Święta dziś wyglądają inaczej niż jeszcze 16 czy 36 lat temu, kiedy nasza kultura opierała się dość skutecznie marksistowskiej indoktrynacji ze wschodu (i elity rzadzącej). Zachłysnęliśmy się niestety zbyt szybko tym, co przyniosła nam transformacja i otwarcie na Zachód. Inna kultura podziałała jak trucizna na naszą i w efekcie tracimy powoli poważne elementy naszej tradycji i tożsamości narodowej. Dla kogo dziś tych kilka grudniowych dni jest przeżyciem metafizycznym, duchowym, nie zaś tylko łamigłówką „jakie prezenty kupić w tym roku?”, lenistwem przed telewizorem i obżarstwem? Kto na tym cierpi najbardziej? My sami oraz instytuacja rodziny – niegdyś tak ważna , dziś już coraz bardziej marginalna.

Jedno jest pewne: coraz mniej „świąt” w świętach. I to jest smutne.

/dw/

- reklama -

Najnowsze firmy w PLUSYdlaBIZNESUWięcej firm >>

Ostatnio dodoane ogłoszenia w #kupujlokalnieWięcej ogłoszeń >>

KOMENTARZE

Please enter your comment!
zapoznałem się z regulaminem
Please enter your name here