Zasłuchane rozmowy z Zanussim

Kiedy już dotarłem do gmachu na ulicy Chopina, nieśmiało wchodzę do oblepionego plakatami filmowymi biura na II piętrze RDK i zastaję niewielką grupę ludzi skupionych wokół eleganckiego mężczyzny w okularach, który rozsiadł się na dobre w fotelu. To Zanussi.


Zmierzam na spotkanie ze znanym polskim reżyserem – Krzysztofem Zanussim – do Raciborskiego Domu Kultury. Kiedy już dotarłem do gmachu na ulicy Chopina, nieśmiało wchodzę do oblepionego plakatami filmowymi biura na II piętrze RDK i zastaję niewielką grupę ludzi skupionych wokół eleganckiego mężczyzny w okularach, który rozsiadł się na dobre w fotelu. To Zanussi.


Spotkanie jest zakulisowe, bo dopiero za pół godziny reżyser ma zejść do sali kinowej.


Zanussi podkreśla, że jest zmęczony po wielogodzinnej podróży znad Morza Czarnego, w dodatku nie zdążył podczas krótkiego pobytu w Warszawie odespać różnicy czasowej. Przeprasza nowo przybyłych, że nie wstaje na powitanie. Obok reżysera siedzi z jednej strony Marek Rapnicki (który wspólnie z Andrzejem Śliwickim zaprosił twórcę), po drugiej młoda studentka reżyserii, która towarzyszyła Zanussiemu w podróży pociągiem ze stolicy na Śląsk. Kobieta robi z nim wywiad dla jakiejś gazety studenckiej.


Marek Rapnicki zdradza nam, co reżyser zrobił zaraz po wyjściu z samochodu na ulicy Chopina. Otóż zrobił zdjęcia dawnemu kościołowi dominikanek, dziś budynkowi muzeum. Michał Fita ucina z Zanussim krótką pogawędkę na temat trwałości filmów negatywowych. Wszyscy zgodnie wyrażają wątpliwość w trwałość cyfrowych nośników. Na razie żadnych wielkich tematów, żadnych zażartych dyskusji o filmie. Rozmowa toczy się dość nieśmiale, by nie powiedzieć: nie klei się. Pojawia się pytanie o własny film najbliższy sercu reżysera, Ten nie chce odpowiedzieć, bo jak mówi: pracuje w kuchni i nie będzie mówił o potrawach, które sam gotuje.


 


Wreszcie Anna Burek, która dzierży w dłoni mikrofon redakcji internetowego radia Mittendrin, zachęcona przez Marka Rapnickiego, pyta Zanussiego po dziennikarsku:


 


Jak się zaczęła Pana przygoda z kinem?


 


Krzysztof Zanussi: Zaczęła się od chodzenia do kina. Kiedy byłem mały wówczas była okupacja i dopiero po wojnie mogłem chodzić do kina. Tylko na nic poważnego mnie wtedy nie wpuszczano, bo nie byłem pełnoletni. Największym marzeniem było się dostać na film dla dorosłych. Ja szybko wyrosłem, więc pożyczyłem od ojca kapelusz, bo dorośli nosili kapelusze. Pożyczałem od mamy kosmetyki i podmalowywałem sobie zarost, żeby wyglądał na taki nieogolony. Ale dryblas byłem więc mnie wpuszczali i oglądałem niesamowicie odważne sceny, mrożące krew w żyłach sceny erotyczne, gdzie się całowali, to jest rzecz której nie wolno było wtedy oglądać młodzieży do lat 18.


Tak się zaczęła moja przygoda z filmem. Ale oczywiście żartuję, bo nie chodziło o te pocałunki, ale o filmy, które były jakąś ucieczką od okropnego świata. Nie miałem cienia wątpliwości w dzieciństwie, że ten świat jest okropny, bo on był dla mnie okropny, nie miałem żadnej nostalgii za dzieciństwem czy wczesną młodością, żadnych westchnień nie żywię. To były okropne czasy i bardzo nam się źle żyło. Kino stawiało przed oczami świat kompletnie inny nieporównywalnie ciekawszy.


Pamiętam moje niebywałe zakochanie, kiedy zobaczyłem „Pustelnię parmeńską”, dopiero potem przeczytałem książkę. „Pustelnia parmeńska” to był oszałamiający obraz świata, w którym chciałem się znaleźć, świata intryg, ale i wielkich namiętności, chciałem być tam, a nie w rzeczywistości socrealizmu.


Od tego się zaczęło i jak już jako dorosły poszedłem na studia – fizykę, miałem zupełnie co innego robić w życiu, ale skusiło mnie żeby w jakimś amatorskim klubie skręcić jakiś mały film. Zobaczyłem , ze tam są kamery i taśma 16mm i można coś skręcić. To były takie pierwsze kroki w klubie studenckim. Potem w drugim klubie i trzecim, potem zacząłem zdobywać jakieś nagrody. Potem w Krakowie byłem instruktorem w domu kultury od filmu amatorskiego. Jak zaczynałem zdobywać nagrody to pomyślałem, że chyba jestem niezły w tym. I wtedy poszedłem do szkoły filmowej, gdzie jakimś cudem mnie przyjęto.




Pada kolejne pytanie Ani: Co Pan uważa za swój najbardziej osobisty sukces?


 


K. Z.: Sukcesów nie można liczyć, bo nie wiadomo, co jest sukcesem. Największym sukcesem człowieka jest to, co się nie stało złego, a mogło. Nie to dobre, co się stało.


Bardzo nie lubię współczesnej retoryki, w której używa się słów zaczerpniętych z patologii, a które mają oznaczać coś dobrego. Mówi się np. szałowe. A szał to coś okropnego. Z szału próbuje się człowieka wyzwolić.


To, że mnie udało się przeżyć te czasy i zrobić to, co zrobiłem i nie zwariować, uważam za sukces największy, bo wszystko miało się ku zwariowaniu. Wszystko właśnie prowadziło do szaleństwa. Wiemy, co to jest szaleństwo: to nie tylko kaftan bezpieczeństwa, to też alkohol, narkotyki itd., czyli wszystko to, co ludzie robią, kiedy nie mogą znieść ciężaru życia.  Więc jeśli mnie się udało do tej pory go znosić, to uważam, że to jest mój sukces.


 


Marek Rapnicki przytoczył w tym momencie kwestię współczesnego kultu sukcesu i słynnego „wyścigu szczurów”.


 


Zanussi odpowiada: Nie jestem Słowianinem i strasznie nie znoszę pewnych cech słowiańskich. Kiedy mogę, to się odcinam od słowiańskości. Upodobanie do nieudacznictwa, rozkoszowanie się własną przegraną, rozkładanie rąk człowieka, który mówi: nic się nie da zrobić. I to wieczne nieszczęśnictwo, ta chęć bycia ofiarą, zwalenia na świat wszystkich swoich niepowodzeń. „Jestem porządnym człowiekiem, więc oczywiście mi nie idzie”. To jest drażniące, a wtedy pewien kult sukcesu jest odtrutką. To jest też pewna spuścizna komuny. Człowiek wschodu nie umie usytuować sukcesu i uświadomić sobie, że to jest w środku i nie polega na tym, że się coś wygrywa na loterii.


 


 Albo na festiwalu – wtrącił Rapnicki


 


K. Z.: Festiwal to też loteria. Co chwilę jestem w jakimś jury i kogoś uszczęśliwiam, a to jest jak trafiło się ślepej kurze. Do tego nie wolno się przywiązywać. Natomiast jeśli człowiek opanował swoją niezdarność i skończył coś, co zaczął, to cieszę się, że on to nazywa sukcesem. Jest z tego pewna radość, jak z dobrze wykonanego ćwiczenia, tylko na tym się życie nie kończy.


Często widzę ludzi, którym sukcesem wydaje się to, że zarabiają więcej od innych, a nie widzą jakie mają „pieskie życie” (mówię w sensie metaforycznym, bo kiedy patrzę na moje psy, to też chciałbym mieć takie życie –  tu śmiech). Ludziom się wszystko bardzo myli


Mówimy to w miejscu dalekim od centrum, gdzie z jednej strony jest więcej zdrowego rozsądku, niż przy takiej zwariowanej Warszawce. Ale z drugiej strony jest presja głupoty dużo bardziej bezwstydna. Te idiotyczne pisemka dla kobietek, te durnoty, które się drukuje dla tych biednych samców. Ktoś w to wierzy, ale ja mam nadzieję, że nikt tak naprawdę. Kiedy to mówię młodzieży, to się śmieją, więc chyba wiedzą o tym. Ale właśnie tam jest wbijanie tych wszystkich kretyństw o sukcesie. I o tym, że sukces jest tam, gdzie go nie może być.


To, co nazywamy jadowicie kreatywni, czyli właściwie ogłupiali, te wszystkie agencje reklamowe, te wszystkie miejsca pracy, gdzie się wydaje, że można osiągnąć sukces, ale tam już wszyscy są z góry przegrani, te wszystkie wizażystki i stylistki, im się wydaje, że w tym świecie można osiągnąć sukces, ale to guzik prawda.


Pojawia się wówczas żartobliwy wtręt Marka Rapnickiego: Szkoda, że nie ma Pan tu takich kwartalnych wykładów.
Śmiech zgromadzonych.


 


K. Z.: Czuje się jak ksiądz wędrowny.


 


Znowu śmiech.




Rapnicki pyta o włoskie korzenie reżysera.


 


K. Z.: Szóste pokolenie jest tu w Polsce. Pytają mnie o to w szczególności we Włoszech, tam ich to strasznie interesuje.


Śmieszy mnie to, że jak już człowiek coś raz napisze lub powie, to nie wystarczy. W TV co tydzień można mówić to samo, bo już nikt nie pamięta, bo już jest wszystko nowe, już mówią, że jest nowa publiczność, więc tamta się nie liczy. W związku z tym to samo człowiek jak papuga powtarza.


Moi przodkowie przyjechali tutaj w latach budowy kolei żelaznej, czyli późne lata 40. XIX w. – lata 1846 – 1847. Budowali kolej w obszarze jednego cesarstwa, tzn. cesarstwa austriackiego, ówczesnej monarchii habsburskiej przed ugodą węgierską. Budowali tę kolej z Triestu do Wiednia, do Krakowa i do tak zwanego Lemberka, czyli Lwowa. I tak się jeden z moich przodków, który był przedsiębiorcom, konstruował te koleje, tu osiedlił.


 


M. R: Z jakiego miasta w Italii pochodzi Pana rodzina?


 


K. Z.: Miasto Pordemano, nieopodal Wenecji, ci przodkowie wywodzą się z Wenecji. Opowiem ciekawostkę i liczę tu tylko na Pana (Zanussi zwraca się do Rapnicki), bo młodzież tego nie zrozumie. Mianowicie używa się w języku polskim słowa zastępczego dla nieeleganckich czynności. Mam teraz na myśli czynności wymiotne. Ludzie starej daty kiedy chcieli delikatnie powiedzieć o wymiotach, mówili: jechać do Rygi. O dziwo, mój dziadek się strasznie oburzał, kiedy ktoś tak powiedział. Dziadek budował tę kolej z Warszawy do Petersburga, dokładniej na odcinku do Wilna, a na odcinku do Rygi robił to jakiś rosyjski przedsiębiorca – złodziej i tam tory były strasznie źle umocowane, rozchwiane i ludzie zawsze po drodze wymiotowali. Wymioty były nieuchronne podczas podróży do Rygi. Na co mój dziadek kwaśniał i mówił: Ja tylko do Wilna. Ja nie mam z tym nic wspólnego!


 


Dalszy ciąg, czyli spotkanie z publicznością w kinie „Przemko” –  już wkrótce.


 


zdjęcia: Michał Fita, argent


 


/spisał Mateusz Iwulsk//i/

Krzysztof Zanussi przyjechał do Raciborza z okazji swojej retrospektywy w kinie „Przemko” w ramach Dni Filmu Polskiego. Sprawdź PROGRAM.



- reklama -

1 KOMENTARZ

KOMENTARZE

Please enter your comment!
zapoznałem się z regulaminem
Please enter your name here