Od Tetraedru do „Chodźmy w noc”, czyli kilka słów o życiu Agnieszki Rajdy

Chodźmy w noc
Fot. Robert Ceranowicz

1. I

Prawie 30 lat temu najstarsza grupa teatralna Grażyny Tabor jechała pociągiem na swój pierwszy festiwal. Nagle młodzi aktorzy zdali sobie sprawę, że nie mają jeszcze nazwy swojego teatru. Wszyscy myśleli intensywnie nad tym jednym bądź też kilkoma słowami, które miały być ich wizytówką. Po pewnym czasie jeden chłopak, który właśnie uczył się matematyki, zaproponował: to może Tetraedr? Tetraedr to bryła geometryczna, której podstawa oraz ściany są trójkątami. Nazwa, choć w swym pierwotnym znaczeniu nie miała zbyt wiele wspólnego z teatrem, przyjęła się. Grażyna Tabor niejednokrotnie myślała nad jej zmianą, ale spektakle grane przez młodych aktorów z Raciborza zaczęły odnosić pierwsze sukcesy – i tak już został ten Tetraedr.
Pociąg jadący na festiwal mijał różne stacje. Jego pasażerowie zmieniali się, jedni wysiadali, drudzy wsiadali. Krajobraz za oknem jakby poruszał się, a czas nieprzerwanie płynął…

Do sali widowiskowej w Domu Kultury „Strzecha” na próbę początkującej grupy teatralnej weszła na oko ośmioletnia dziewczynka ubrana w jesienny płaszczyk i buciki o jaskrawym różowo-pomarańczowym kolorze. Była nowa w tym gronie i z zainteresowaniem przyglądała się wszystkiemu dookoła. Przypatrywała się o rok starszym od niej dzieciom, Grażynie Tabor, ciemnej widowni ciągnącej się w głąb sali i starej scenie, na której stawiała swoje pierwsze kroki. Dziewczynka już w tym momencie poczuła, że to jest jej miejsce, że właśnie jest tam, gdzie powinna być, wśród ludzi, którzy są otwarci na nową koleżankę. Dlatego też z uśmiechem na twarzy podawała im rękę i mówiła: jestem Agnieszka Rajda.
Przez pierwsze 2-3 lata młodzi aktorzy nabywali umiejętności niezbędnych do występowania na scenie. Ćwiczyli dykcję, uczyli się różnych pieśni, przebierali się czy też wychodzili na miasto i tam organizowali happeningi. Doskonale się bawili. Scena w „Strzesze” stała się dla nich otwartą przestrzenią dla wyrażenia siebie. Bo tam panowała większa swoboda, tam ci młodzi ludzie mogli krzyczeć, szeptać, siłować się albo też kłaść się na ziemi, kiedy tylko mieli na to ochotę. Właśnie w takim środowisku wzrastała Agnieszka; szalona grupa teatralna, która z radością „dziwaczyła” w swym towarzystwie – to był jej świat.

Agnieszka przychodziła na próby godzinę wcześniej. W tym czasie wąchała kotary, brzdąkała na pianinie, wyobrażała sobie różne rzeczy, stawała na brzegu sceny i wpatrywała się w pustą widownią, tak po prostu wchłaniała tę atmosferę. Już od samego początku traktowała aktorstwo bardzo poważnie i miała w sobie wołanie o sztukę. Chciała więcej, więcej godzin, więcej tej magii teatru.

Teatr jest dla Agi żywą, namacalną materią; przestrzenią do wymiany myśli, światopoglądów; miejscem spotkania twórcy i widza, którzy uczą się od siebie nawzajem. Oglądanie sztuki teatralnej pozwala zapomnieć o swoim życiu, a tym samym zainteresować się egzystencją kogoś innego. W teatrze można coś poczuć, można się wzruszyć czy też uśmiechnąć pod nosem.

Aktor stoi na scenie w świetle reflektorów. Tam daje widzom to, co ma w sobie najcenniejsze. Wtedy ma możliwość poruszenia serca, zagrania w czyjejś duszy. Tak naprawdę aktor ofiaruje odbiorcom to, czego oni są spragnieni – i to jest piękne.
Dzięki grze w teatrze Agnieszka zwiększyła swoją samoświadomość, poznała prawdę o sobie, a także nauczyła się elastyczności i umownego podejścia do świata. Czasami życie podobne jest do występowania na scenie, nagle wydarzy się coś, czego nie było w scenariuszu, ale trzeba z tego wyjść z uśmiechem na twarzy i ukłonić się na końcu. Bo w czasie trwania przedstawienia czy też za kulisami może się zdarzyć naprawdę wiele, dlatego nigdy nie można być do końca pewnym danej sztuki.

Fot. Robert Ceranowicz

KOMENTARZE

Please enter your comment!
zapoznałem się z regulaminem
Please enter your name here